piątek, 7 lipca 2017

Barakuda ożyła, czyli artyleryjski niszczyciel czołgów dla WP

Prawie pół roku temu przygotowałem dla Was analizę dotyczącą przyszłości polskich wojsk pancernych. Opisywałem tam na podstawie bardziej lub mniej oficjalnych źródeł, jak może wyglądać Gepard i Wilk jako następcy obecnie używanych czołgów podstawowych w Wojsku Polsku. Jednak pół roku w temacie uzbrojenia to jest czasem prawdziwa przepaść i przez ten czas wiele rzeczy może się stać nieaktualnych.

Tak jest i w tym przypadku.

Bowiem 22 maja br. w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej podsekretarz stanu w MON Tomasz Szatkowski poinformował o zamknięciu programu Gepard, który kosztował podatnika 35 mln złotych. W kontekście modernizacji technicznej jest to niewielka kwota (równowartość zakupu trzech KBWP Rosomak z wieżą załogową), ale w przypadku B&R jest to spora kwota, która mogła zostać spożytkowana na coś sensowniejszego.

Dlatego też postanowiłem dla Was dwie analizy, które niejako będą powiązane ze sobą - pierwsza będzie dotyczyła "wariantu lekkiego" i opiszę ją tutaj, natomiast druga będzie na temat "wariantu ciężkiego" i zostanie ona zaprezentowana na łamach portalu Konflikty.pl.





Wprowadzenie




Swojego czasu w artykule o następcy PTS pisałem Wam o tym, że Barakuda jest legendą, która powstała w roku 2013 po to, żeby żołnierze suwalskiego dywizjonu przeciwpancernego uwierzyli, że dostaną dla swojej jednostki nowy sprzęt w miejsce zabytkowych wręcz Malutek na podwoziu BRDM-2. Po ogłoszeniu w kwietniu przez IU MON chęci przeprowadzenia dialogu technicznego (który właśnie trwa) na artyleryjski niszczyciel czołgów postanowiłem napisać erratę. Jednak z racji, że errata jest z reguły krótka i na jej podstawie byście się niewiele dowiedzieli, uznałem, że ową erratą będzie właśnie ten artykuł.

Ale po co nam właściwie artyleryjski niszczyciel czołgów?

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A w tym przypadku chodzi o zakupy nowych czołgów podstawowych. Obecnie w przypadku chęci zamówienia świeżo wyprodukowanych maszyn (przykładowo Leopardów 2A7), to trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 1-1,3 miliarda euro za batalion czołgów. To oznacza, że gdybyśmy chcieli zastąpić w naszej armii wszystkie czołgi T-72 i PT-91 znajdujące się w jednostkach liniowych w stosunku 1:1, to cena wymiany mogłaby przekroczyć szacowaną wartość Wisły (po zmianie wymagań). Do tego jeszcze dochodzą pojazdy przeznaczone dla rezerwy sprzętowej, a których ilość powinna wynosić równowartość 60-100% ilości pojazdów w czynnej służbie.

Wyjścia z tego problemu są trzy, a w zasadzie cztery:

- posiadanie większej ilości gotówki (teoretycznie nierealne)

- redukcja armii (szkodliwe pod kątem PR, ale korzystne pod kątem finansowym)

- restrukturyzacja jednostek pancernych i zmechanizowanych (kosztowne, a przez to nieopłacalne w okresie modernizacji technicznej całej armii)

- pozyskanie pojazdów o sile ognia zbliżonej do MBT, jednocześnie będących od nich tańszymi

Koncepcja artyleryjskiego niszczyciela czołgów jest przykładem rozwiązania nr 4 na tej liście. Istnieją inne możliwości jak używane MBT czy rakietowe niszczyciele czołgów, jednak są pewne ale.

W przypadku używanych MBT problem jest taki, że Leopardów (poza hiszpańskimi) na rynku już nie ma, a te, które jakoby miały być schowane w magazynach KMW, mogą się okazać "potworkami" z początku lat 80. Abramsy za to mogą nam skomplikować logistykę, a dodatkowo istnieje ryzyko, że przyjmując je, nie dostaniemy opcji na użycie podzespołów polskiej produkcji lub co gorsza Bumar czy WZMot. nie dostaną ich dokumentacji technicznej, przez co nawet najmniejszy remont maszyn będzie musiał się odbywać po drugiej stronie Oceanu, co kolosalnie będzie wzrastało koszta owego remontu, jak i samej eksploatacji czołgów.

Zaś w przypadku rakietowych niszczycieli czołgów spójrzmy w założenia taktyczno-techniczne naszej Barakudy.

"Planowany do pozyskania sprzęt wojskowy ma za zadanie zwalczać środki pancerne i opancerzone najnowszej generacji wyposażone w systemy obrony aktywnej, w tym zakłócające i obezwładniające układ naprowadzania atakujących pocisków oraz zwalczające pocisk poprzez wystrzelenie antypocisków. Powyższe wymagania powinny być osiągnięte poprzez zdolność do rażenia ogniem bezpośrednim za pomocą kinetycznych środków ogniowych oraz przeciwpancernych pocisków kierowanych"

Oznacza to, że Barakuda w swoich założeniach ma być artyleryjsko-rakietowym niszczycielem czołgów. Jednak nie wyobrażajcie sobie, że będzie ona wyposażona w wieżę z armatą wielkokalibrową, a do tej wieży zostaną zamontowane kontenery z PPK, bo to jest specjalność konstrukcji z lat 50. i 60. (przykład poniżej)


Peruwiański AMX-13PA5 Escorpion


Wstępne ZTT pokazują, że głównym uzbrojeniem niszczyciela czołgów ma być właśnie armata, za to PPK mają być tylko dodatkiem i to nierzadko zbędnym. Dlaczego tak jest?


Omówienie problemu



Istota problemu leży w rozwijanych obecnie aktywnych systemach ochrony pojazdu (ASOP). Stereotypowo uważa się, że ASOP (dokładnie hard-kill) są skuteczne wyłącznie przeciwko granatom przeciwpancernym i "klasycznym" przeciwpancernym pociskom kierowanym. Jednak najnowsze systemy obrony dają sobie radę również PPK atakującymi z góry, jak i z pociskami APFSDS - tutaj przedstawione są możliwości niemieckiego systemu AMAP-ADS w ochronie przeciwko "prętom".



To powoduje, że czołg chroniony sprawnym ASOP może być w przypadku pierwszego kontaktu pojazdu nie do zniszczenia. W przypadku niszczycieli czołgów jest to bardzo niekorzystna sytuacja, ponieważ taki sposób walki (znany również jako hit-and-run) jest podstawą przeżycia pojazdów tego typu na polu walki. Z racji rozpowszechniania się APS (są lub były już na wyposażeniu czołgów izraelskich i rosyjskich, a w kolejce są już kolejne państwa) i kosztów amunicji wyspecjalizowane rakietowe niszczyciele czołgów są zupełnie nieopłacalnym rozwiązaniem. 

Na szczęście za granicą zaczęto pracować nad programowalnymi pociskami APFSDS, których zadaniem byłaby możliwość zwalczania broni pancernej z opcją oszukiwania systemów hard-kill. Jak? Obecnie nie wiadomo, ale podejrzewa, że te pociski mogą posiadać prekursor oddzielający się w trakcie lotu, dzięki czemu zamiast jednego pocisku w cel będą lecieć de facto dwa pociski, przy czym ten pierwszy (prekursor) miałby iść na stracenie, bo to on będzie aktywował APS. 

Na dzisiaj pewnym rozwiązaniem jest amerykański M829A4, ale również Nexter pracuje nad pociskami tego typu oraz jest niewykluczone, że również Rheinmetall.

Rozwiązania zwiększające skuteczność PPK również zaczynają się pojawiać na rynku, ale o tym będzie już w innym artykule.


Koncepcja



Waląc prosto z mostu, najpewniej artyleryjski niszczyciel czołgów (w przypadku realizacji projektu) będzie zbudowany na podwoziu nowego bojowego wozu piechoty, na którym zostanie zastosowana lekka wieża z uzbrojeniem wielkokalibrowym.

Jednak moim zdaniem Barakuda nie byłaby jedynie bewuepem z armatą, tylko wieża byłaby sama w sobie Barakudą i znalazłaby zastosowanie zarówno na nośnikach gąsienicowych, jak i kołowych. Dlatego też w temacie konceptu trzeba się skupić w znacznej mierze na module wieżowym, a nie na określonych pojazdach. Ta możliwość zdaje się potwierdzać z racji brania udziału w fazie analityczno-koncepcyjnej zarówno OBRUM-u i HSW (odpowiedzialnych za pojazdy gąsienicowe i wieże), jak i Rosomaka (od pojazdów kołowych).

Dlatego też przejdę do tematu wieży.


Kołowy wóz wsparcia ogniowego Wilk z wieżą Cockerill XC-8 120HP

Największym ograniczeniem będzie masa całkowita pojazdu, wynikająca z nośności podwozia BWP - półoficjalnie ma ona wynosić maksymalnie 40 ton. Oznacza to, że z jednej strony trzeba będzie postawić na obniżenie masy wieży, a z drugiej strony ogranicza to znacznie wybór uzbrojenia głównego. 

Taka masa pojazdu uniemożliwia zastosowanie wysokociśnieniowej armaty czołgowej kal. 120 mm - siła odrzutu Rh 120 wynosi bowiem ok. 71 ton, co jest prawie dwukrotnie większą wartością od DMC niszczyciela czołgów. Dlatego też jedynym rozwiązaniem jest tu zastosowanie armaty czołgowej o obniżonej sile odrzutu lufy. Dla Wojska Polskiego proponowana jest w tym zakresie armata gładkolufowa Rh 120 LLR L/47, w której ta siła została obniżona do około 26 ton. Zaletą tej armaty jest możliwość strzelania takimi samymi pociskami jak w przypadku klasycznych armat czołgowych, używanych w Leopardach, przy zachowaniu zbliżonych parametrów, dzięki czemu taki niszczyciel czołgów stałby się identycznym zagrożeniem dla czołgów nieprzyjaciela jak Leopard 2.

Jednak testy nad kalibrem 120 mm do armat czołgowych rozpoczęto ponad 4 dekady temu i obecnie zapowiada się, że działa tego kalibru będą zastępowane w czołgach nowej generacji przez większy kaliber - 130 lub 140 mm. Jednym z przykładów jest zaprezentowana w zeszłym roku armata Rh 130 (więcej o niej będzie w drugim artykule), jednak to będzie armata stricte czołgowa. Dla lżejszych platform Rheinmetall (lub ktoś inny) będzie musiał zaprojektować "niskoodrzutową" wersję tej armaty. Na szczęście LLR L/47 była projektowana dla pojazdów o masie 20-25 ton, dlatego też uważam, że zaprojektowanie "130" o zmniejszonej sile odrzutu dla 35-, 40-tonowego pojazdu, jakim będzie artyleryjski niszczyciel czołgów, teoretycznie nie będzie stanowiło żadnego wyzwania.


"Niskoodrzutowa" armata czołgowa Rh 120 LLR L/47 

Drugim elementem układanki są przeciwpancerne pociski kierowane. Te miałyby być na 100% wystrzeliwane z lufy armatnie, jednak propozycji w tym jest bardzo niewiele. 

Dokładnie dwie. 

Pierwszą jest ukraiński Konus - jest to odmiana innego czołgowego ppk o nazwie Kombat przystosowana do wystrzeliwania z armat czołgowych kal. 120 mm, ma on zasięg 5000 m i przebija pancerz o grubości przeliczeniowej 750 mm RHA, pokryty dodatkowo ERA. 

Drugą propozycją jest izraelski LAHAT. Jest on znacznie zaawansowanym PPK od Konusa, bowiem przy prawie trzykrotnie mniejszej masie (12,5 kg wobec 30,4 kg Konusa) posiada skuteczniejszą głowicę bojową (800 mm RHA przebijalności za ERA), większy zasięg (do 8000 m) oraz można go naprowadzać pośrednio z wykorzystaniem innego wskaźnika celu. Jak do tego się doliczy fakt, że jest pocisk atakujący cel z góry (top-attack), to można zauważyć, że jest to broń odpowiednia dla niszczycieli czołgów. Jedynymi minusami tego rozwiązania jest cena takiego pocisku, która kilkunastokrotnie przewyższa wartość klasycznej amunicji czołgowej (LAHAT kosztuje 50-60 tysięcy PLN, a koszt przystosowania czołgu do strzelania nim to dodatkowy wydatek rzędu 100-150 tysięcy PLN) oraz czas lotu pocisku - na przebycie 4000 m potrzebuje bowiem aż 14 sekund. Dlatego też taka amunicja jak LAHAT byłaby wykorzystywana przez Barakudę jedynie, gdyby pododdział przeciwpancerny współdziałał z elementem rozpoznawczym (patrz drony) i atakował cele spoza zasięgu amunicji czołgowej nieprzyjaciela, wykorzystując przy tym zakryte stanowiska ogniowe.

Pomimo tego, że poruszam tutaj wyłącznie przewidywane walory ofensywne niszczyciela czołgów, trzeba też wspomnieć o ochronie omawianej wieży. Jak to w tradycji wielu pojazdów tego typu, zbyt kolorowo w tym temacie nie jest, a największym ogranicznikiem podobnie jak w przypadku uzbrojenia jest masa systemu wieżowego. Oznacza to, że pasywne opancerzenie wieży powinno ją chronić na 100% przed przeciwpancerną amunicją karabinową, ewentualnie również małokalibrową amunicją artyleryjską. W pozostałych przypadkach główną rolę będzie odgrywać dodatkowy pancerz reaktywny i oczywiście ASOP, zarówno hard-kill, jak i soft-kill.


Przeciwpancerny pocisk kierowany LAHAT



Podsumowanie



Na sam koniec trzeba dokonać oceny zasadności rozwiązania, jakim jest artyleryjski niszczyciel czołgów.

Właśnie... dlaczego artyleryjskich niszczycieli czołgów? Przecież wrzuciłem zdjęcia czołgu lekkiego oraz tzw. "kołowego wozu wsparcia ogniowego". 

Otóż sprawa nazewnictwa prawdopodobnie leży w kwestii tego, kto miałby użytkować te pojazdy - "czołgi lekkie" i "kołowe wozy wsparcia ogniowego" to byłoby uzbrojenie pododdziałów pancernych podlegających Zarządowi Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych (jako jednostki pancerne), za to "artyleryjskie niszczyciele czołgów" stanowiłyby uzbrojenie pododdziałów pancernych (a w zasadzie przeciwpancernych) podlegających Zarządowi Wojsk Rakietowych i Artylerii (jako jednostki artylerii). Co za tym idzie, zadania de facto identycznych pojazdów byłyby zupełnie różne - te pierwsze służyłyby jako broń ofensywna, a te drugie jako broń defensywna.

Myślę, że Wam trochę pomieszałem, dlatego teraz przejdę do sedna.

Barakuda w wersji gąsienicowej (teoretyczna Barakuda-G) jest dobrym rozwiązaniem, ale pod warunkiem, że będzie ona artyleryjskim niszczycielem czołgów. Z wykorzystaniem podwozia gąsienicowego BWP jako bazy nadawałby się idealnie jako wyposażenie pododdziałów przeciwpancernych szczebla brygady i dywizji. Problem z tymi jednostkami jest jednak taki, że wraz z redukcją Wojska Polskiego po transformacji ustrojowej brygadowe kompanie przeciwpancerne oraz dywizjony przeciwpancerne wchodzące w skład dywizyjnych pułków artylerii zostały po prostu rozformowane, a jedyną taką jednostką pozostał suwalski 14 Dywizjon Artylerii Przeciwpancernej, który z racji niewielkich rozmiarów również miał zostać zlikwidowany. Z tego powodu brygady zmechanizowane cierpią na chroniczny brak innej niż czołgi broni przeciwpancernej. Gdyby zdecydowano się na ponowne formowanie jednostek przeciwpancernych, zapotrzebowanie na artyleryjskie niszczyciele czołgów wyniosłoby (przy obecnej strukturze) co najmniej 202 sztuki* + rezerwa sprzętowa. Z drugiej stronie istnieje obawa, że Barakuda-G stałaby się i tak następcą czołgów pochodzenia wschodniego, a dla celów "estetycznych" dotychczasowe bataliony czołgów zostałyby przemianowane na dywizjony niszczycieli czołgów lub dywizjony artylerii przeciwpancernej, co byłoby zwyczajnym nonsensem. Ale o tym być może wspomnę kiedy indziej.

Za to wersja kołowa (Barakuda-K) jest na teraz zupełnie nieopłacalna z dwóch ważnych powodu. Otóż obecne podwozie Rosomaka nie nadaje się pod rolę ArtNCz z racji zbyt niskiej DMC (26 ton) i wysokiej bazy, przez co pojazd byłby słabo opancerzony, posiadałby kiepską mobilność w terenie, a służba na tym pojeździe nie zaliczałaby się w żadnym z aspektów do przyjemnych. Dlatego pod wersję kołową niezbędne jest opracowanie nowego podwozia o zwiększonej nośności (DMC >30 ton) i powiększonego o dodatkową oś w celu poprawienia własności terenowych. Jednak opracowanie takiego podwozia mogłoby spowodować, że wraz z nim powstałaby wersja 8x8, na której zostałby stworzony następca Rosomaka. Poprawiłoby to kwestie logistyczne i eksploatacyjne pojazdu, ale to jest już zabawa na kwotę miliardów złotych. Poza tym zapotrzebowanie na taki pojazd byłoby naprawdę niewielkie, bo wynosiłoby jedynie 42 pojazdy, co niekoniecznie jest grą wartą świeczki.**

Mimo wszystko cała analiza może się okazać czysto teoretyczna, ponieważ dochodzą głosy, że program Barakuda może zostać zamknięty wraz z zakończeniem fazy analityczno-koncepcyjnej. Moim zdaniem wieża bezzałogowa lub szczątkowa z uzbrojeniem wielkokalibrowym powinna zostać opracowana przez polski przemysł jako system modułowy z wykorzystaniem doświadczenia przy projektowaniu wież MAHSW (Rak) i ZSSW-30. Dzięki czemu nie będziemy mieć żadnego problemu z wdrożeniem takiego artyleryjskiego niszczyciela czołgów do służby, jak i będziemy posiadać opcją awaryjną przy "cięższych" programach. Taki niszczyciel czołgów mógłby się stać sporą ciekawostką, ponieważ pomimo mizernego opancerzenia byłby skutecznym środków do zwalczania pojazdów pancernych zarówno z odkrytych stanowisk ogniowych (z wykorzystaniem pocisków APFSDS), jak i z ukrytych stanowisk ogniowych, znajdując się przy tym poza zasięgiem ognia przeciwnika (dzięki PPK). Jest też druga, szybsza opcja - zakup od Belgów wieży Cockerill XC-8 120HP, ale to już nie odniesie takich samych korzyści jak projekt krajowej wieży i sam niszczyciel czołgów nie będzie już tak samo skuteczny, ponieważ dla tej wieży proponowany jest ppk Falarick 120, znany również jako Konus.


Uwagi



* 5 kompanii przeciwpancernych (po 14 sztuk) + 3 dywizjony przeciwpancerne (po 44 sztuki).
** 3 kompanie przeciwpancerne (po 14 sztuk)


czwartek, 15 czerwca 2017

SPG-9 w Obronie Terytorialnej, czyli współczesna rola dział bezodrzutowych

Niedawno w obiegu pojawiła się informacja, że Wojska Obrony Terytorialnej mają otrzymać ze składów mobilizacyjnych ciężkie granatniki przeciwpancerne SPG-9

Wiadomo dobrze, że OT jest przez ostatnie 2 lata prawdopodobnie najbardziej medialną formacją w Siłach Zbrojnych RP. Szczególną kontrowersją jest tutaj fakt, że to właśnie "terytorialni" otrzymują najnowsze uzbrojenie i wyposażenie, które jest bardziej potrzebne jednostkom zawodowym. Równie głośne jest to, że to właśnie OT, a nie jednostki liniowe będą jedną z formacji testujących karabinki automatyczne MSBS-5.56K. Dlatego też może co niektórych dziwić fakt, że do WOT trafią SPG-9.

A dlaczego tak jest?

Otóż w Wojsku Polskim brakuje skutecznej broni przeciwpancernej piechoty - RPG-7 zbliżają się do końca resursów i nie posiadają nowoczesnej amunicji, Malutkie to jest już kompletny zabytek nieprzystający do współczesnego pola walki, Spike'ów jest za mało, za to Carle Gustafy znajdują się (podobno) w kawalerii powietrznej. W praktyce jednak granaty kumulacyjne do SPG-9 są minimalnie lepsze od tych do RPG-7, bo ich przebijalność wynosi 300-400 mm RHA wobec ok. 300 mm w przypadku PG-7 / PG-7W. Jednak wciąż to jest zbyt mała wartość, żeby poważnie zagrozić czołgom rosyjskim. 


Działo bezodrzutowe B-10 - poprzednik SPG-9

Mimo tego SPG-9 (i ogółem działa bezodrzutowe) są bronią idealną dla jednostek drugorzutowych, do których można zaliczyć Obronę Terytorialną. Podejrzewam, że wśród Was zdarzą się tacy, którzy będą twierdzić, że SPG-9 to zabytek, który powinien trafić do muzeum, ale prawda jest taka, że jest on jednym z najmłodszych opracowanych typów dział bezodrzutowych - jedynym działem bezodrzutowym, opracowanym po premierze pierwszych ppk z SACLOS (Fagot, TOW, MILAN), jest włoski Folgore. Zanim jednak przejdę do argumentacji, zwrócę uwagę na to, że wszelkie odmiany CG są klasyfikowane jako zwykłe granatniki przeciwpancerne, a z działami bezodrzutowymi mają wspólną metodę działania. Żeby nikt nie narzekał, że nie będę ich tutaj uwzględniał.

Przede wszystkim największą zaletą dział bezodrzutowych jest donośność pocisków do nich w stosunku do masy całego zestawu. W przypadku SPG-9 o ile pociski kumulacyjne mają zasięg tylko do 1300 m, o tyle pociski odłamkowo-burzące mogą lecieć na odległość do 4500 m (w przypadku bułgarskiego OG-9BG nawet do 7500 m), co odróżnia je znacznie od "prawdziwych" ciężkich granatników przeciwpancernych takich jak RPG-29, gdzie donośność maksymalna nie przekracza 1000 m. Przy masie wynoszącej prawie 60 kg SPG jest dzięki temu idealną bronią wsparcia dla szczebla kompanii, która może dodatkowo wesprzeć ogniem moździerze piechoty kal. 60 lub 81 / 82 mm, co dla lekko uzbrojonych jednostek może to mieć ogromne znaczenie.

W przypadku Wojska Polskiego do takich jednostek należą w 100% "czerwone berety" i "terytorialsi". 

Desant w naszej armii jest przede wszystkim ograniczony przez możliwości naszych samolotów transportowych - Bryza nie jest przystosowana do przewozu pojazdów, do C-295M zmieszczą jedynie pojazdy o wysokości poniżej 170 cm (czyli Honkery i quady), a Herculesów jest zbyt mało, żeby można było przewozić ciężarówki w większej ilości. SPG-9 nadają się tutaj idealnie, ponieważ mogą być one ciągnięte zarówno przez obsługę działa, jak i transportowane przez lekkie pojazdy, choćby nawet i przez quady. Dzięki temu możliwości przerzutu takiego pododdziału artylerii nie zostają ograniczone przez środki transportu powietrznego. Podejrzewam również, że do zadań transportowych będą nadawać się w przyszłości również drony logistyczne. 



W tym wypadku rolę ciągnika artyleryjskiego pełni 300-kilogramowa Yamaha Grizzly
A tu ta rola przypadła obsłudze działa

Za to Obrona Terytorialna ma być jednostką lekko uzbrojoną wyłącznie z przyczyn decyzyjnych wysokiego szczebla, mimo że zadania jej postawione wydają się jednak temu przeczyć. Zrezygnowano z przydziału moździerzy holowanych kal. 98 i 120 mm oraz zakupu dział holowanych, co byłoby niezbędne przy tworzeniu dobrze uzbrojonej lekkiej piechoty zmotoryzowanej. Za to zadania OT nie zostały ograniczone do ochrony ważnych obiektów strategicznych na tyłach własnego frontu, gdzie lekkie uzbrojenie wystarczyłoby w zupełności. W ogóle w przypadku OT możliwości transportowe SPG-9 można rozszerzyć o samochody terenowe i myślę, że nie trzeba wcale pisać, że one są jednym z najbardziej popularnych typów uzbrojenia stosowanych na "technicals" w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Kolejną zaletą SPG-9 jest dostępna szeroka gama amunicji do niej. Poza pociskami kumulacyjnymi (oznaczenie PG-9xxx) i odłamkowo-burzącymi (OG-9xxx) na rynku są oferowane również pociski termobaryczne i kumulacyjne z głowicą tandemową. O ile możliwości pocisków przeciwpancernych są jednak ograniczone do eliminacje opancerzonych pojazdów piechoty i starszych czołgów (300-400 mm RHA dla pojedynczej głowicy kumulacyjnej i 400 mm RHA + ERA dla tandemowej głowicy kumulacyjnej), o tyle pociski odłamkowo-burzące i termobaryczne są nadal przydatne w zwalczaniu umocnień i piechoty przeciwnika.

Co więcej, niewielkie rozmiary tego działa bezodrzutowego pozwalają na ich łatwe okopywanie. W przypadku działań pozycyjnych stają one bardzo dostępne w celu pełnienia roli artylerii pieszej, jak to miało miejsce wcześniej w historii wojskowości. Z drugiej strony jednak nie ma możliwości skutecznego maskowania tych dział z powodu ich własnej natury, a poza tym napęd rakietowy wykorzystywany w pociskach uniemożliwia maskowanie tych dział w mniejszych pomieszczeniach zamkniętych.

A jak mogłaby wyglądać przyszłość dział bezodrzutowych?

Przede wszystkim teoretycznie nieopłacalne jest opracowanie następcy, ponieważ działa bezodrzutowe od około 50 lat są tak niszowe na rynku broni, że byłyby problemy ze znalezieniem kupca chętnego zaadaptować je do własnych potrzeb. Dlatego też niezbędna jest zarówno ciągła modernizacja istniejących SPG-9, jak i stworzenie linii produkcyjnej dla nowych egzemplarzy. 

Modernizacja tych dział powinna przebiegać w trzech kierunkach:

- zwiększenie ich możliwości podczas działań nocnych
- zwiększenie ich skuteczności poprzez nową amunicję
- zwiększenie ich możliwości poprzez obniżenie masy

W pierwszym temacie celem jest opracowanie systemu kierowania ogniem z celownikiem nocnym lub ewentualna adaptacja takowego od klasycznego granatnika przeciwpancernego (np. RGW 90).

Co do amunicji, uważam, że możliwości SPG-9 można zwiększyć, jeśli zostanie opracowana do niego amunicja programowalna HEMP lub HEAT/HESH. W pierwszym przypadku zostanie zwiększona skuteczność dział bezodrzutowych przeciwko sile żywej, a w drugim wypadku udałoby się opracować ujednoliconą amunicję do zwalczania zarówno obiektów umocnionych, jak i lekko opancerzonych. Inną możliwością jest opracowanie dużych nadkalibrowych granatów przeciwpancernych (kalibru ok. 150 mm lub więcej) do zwalczania również współczesnych pojazdów pancernych. Jednakże odznaczałaby się one niewielką donośnością (prawdopodobnie do 500-600 m), proces ich przeładowania byłby kłopotliwy i niebezpieczny dla obsługi dział, a transport tych granatów byłby znacznie utrudniony z powodu ich masy.

Za to obniżenie masy działa bezodrzutowego byłoby możliwe poprzez ewentualne zastąpienie części elementów metalowych polimerowymi. 

Z tych wszystkich powodów uważam, że pomimo swojego wieku SPG-9 wciąż czeka świetlana przyszłość, choć nie jako broń przeciwpancerna, ale głównie jako środek wsparcia ogniowego. Jego niewielka masa, łatwość w transporcie i szkoleniu pozwalają na wykorzystywanie ich zarówno w jednostkach drugorzutowych i tyłowych, jak i w jednostkach szybkich (szczególnie chodzi mi o jednostki powietrzno-szturmowe i powietrznodesantowe), gdzie cięższy sprzęt artyleryjski jest albo niemożliwy do aplikacji, albo po prostu niepotrzebny. Ogólnie działa bezodrzutowe mogą jeszcze znaleźć swoją niszę jako dodatek do moździerzy piechoty przy zasięgu większym od granatników przeciwpancernych i niższych kosztach eksploatacji od przeciwpancernych pocisków kierowanych.


sobota, 6 maja 2017

Struktura brygady artylerii samobieżnej Armii Czerwonej nr 010/514

Bardzo dawno nie było wpisu dotyczącego jakichkolwiek struktur. Co prawda pracuję właśnie nad pewną koncepcją struktury, ale to będzie bardzo długi artykuł, a jednocześnie ostatnio nie jest zbyt płodny. Dlatego też większość wpisów o strukturach będzie krótkimi notkami encyklopedycznymi. Niemniej jak będę znajdował dodatkowe informacje na dany temat, to określone noty będę uzupełniał na bieżąco.


Na pierwszy ogień idzie brygada artylerii samobieżnej Armii Czerwonej, uzbrojona w działa samobieżne SU-100.

Zgodnie z etatem nr 010/514 brygada liczyła 1492 żołnierzy i była uzbrojona w 65 średnich dział samobieżnych oraz 3 lekkie działa samobieżne, a jej skład był następujący


W składzie dowództwa brygady znajdował się sztab brygady, pluton dowodzenia (z dwoma SU-100) i kompania zwiadowcza (z trzema SU-76), za to w kompanii przeciwlotniczych karabinów maszynowych było dziewięć wielkokalibrowych karabinów maszynowych DSzK kal. 12,7 mm na podstawach przeciwlotniczych.

Etat pułku artylerii samobieżnej nr 010/462 (w "ludowym" Wojsku Polskim nazywany pułkiem artylerii pancernej) liczył 318 żołnierzy i 21 średnich dział samobieżnych. 


Tutaj w dowództwie pułku znajdował się również jego sztab, jak i pluton dowodzenia z SU-100 dowódcy pułku.

Każda bateria ogniowa artylerii samobieżnej liczyła po 5 wozów bojowych, za to kompania fizylierów była strukturą zbliżoną do typowej kompanii strzeleckiej z tą różnicą, że była ona uzbrojona wyłącznie w pistolety maszynowe.

czwartek, 4 maja 2017

Granatniki przeciwpancerne ISIS a polski przemysł

W związku z innym pisanym obecnie artykułem omówię oddzielnie tutaj temat granatników przeciwpancernych i ich produkcji. Impulsy do napisania tego artykułu były dwa: temat dialogów technicznych na jedno- i wielorazowe granatniki przeciwpancerne dla Wojska Polskiego oraz to, co pokazało ISIS podczas bitwy o Mosul. 

Zacznę na początku jednak od tego drugiego. 

Islamskie Armbrusty


Otóż tzw. Państwo Islamskie podczas bitwy o Mosul pochwalili się zdjęciami swoich oddziałów specjalnych, złożonych głównie z najemników i ochotników z krajów zachodnich. Jednak w trakcie walk największą uwagę zwrócono na używane przez nich granatniki przeciwpancerne





Na pierwszy rzut oka te granatniki wydają się być uderzająco podobne do niemieckich granatników przeciwpancernych Armbrust. Jednocześnie uchwyt do tych granatników jest bardzo podobny do tego z granatników z serii RGW (-60 i -90). Prawda jest jednak taka, że te granatniki były produkowane w całości przez islamistów z części pochodzenia prawdopodobnie irańskiego i chińskiego oraz posiadają one bardzo proste przyrządy celownicze, co zresztą widać na zdjęciu powyżej. Co więcej, na każdym granatniku znajduje się jego instrukcja obsługi napisana w języku farsi (zdjęcie poniżej).


Jakość wykonania tych granatników pokazuje, że nawet organizacje terrorystyczne, takie jak ISIS, potrafią samodzielnie konstruować broń tego typu stosunkowo niskim kosztem. A gdzie się znajduje pod tym względem nasz przemysł zbrojeniowy?

A no właśnie nigdzie, ponieważ nie posiada on zdolności do samodzielnego opracowania i wyprodukowania broni tego typu. Dlatego też pewnie wielu z Was w komentarzu przytoczy pewną popularną nierówność.


Problemy polskiego przemysłu


Problemem jest to, że ani MESKO, ani Dezamet nie posiadają technologii produkcji całej sekcji napędowej pocisków do granatników przeciwpancernych. W zamian obydwa zakłady zaczęły promować zagraniczne konstrukcje jako przyszłą broń przeciwpancerną dla naszego wojska - Dezamet proponuje produkowane w Norwegii M72 EC i ASW, za to MESKO oferuje niemieckie RGW 90 HH

Z jednej strony super, że nasze zakłady oferują gotowe i sprawdzone, a czasem bardzo innowacyjne produkty, ale z drugiej strony powinno się je besztać za to, że lobbują (i to mocno) te produkty, zamiast samodzielnie zyskać zdolności do produkcji brakujących elementów "układanki" (poprzez licencję lub współpracę z uczelniami oraz instytutami badawczymi) i - co za tym idzie - opracować swój własny granatnik. Co więcej, WAT w roku 2012 przedstawił własną koncepcję granatnika przeciwpancernego, ale widocznie nikt się tym nie zainteresował.

Również częściowo winę za tą całą sytuację trzeba obarczyć również MON, który nie dość, że nie okazał zainteresowania tą koncepcją, to również odrzucił wcześniejszą propozycję przemysłu, jaką była nowoczesna amunicja do RPG-7. I przez to te granatniki są znacznie bardziej przestarzałe, niż mogłoby być oraz wymagają bardzo pilnego zastąpienia przez nową konstrukcję. 

Jednak gdy się coś krytykuje, to trzeba przy tym przedstawić własne rozwiązanie tego problemu. Z góry jednak zaznaczam, że nie faworyzuję tutaj tej koncepcji ponad gotowe konstrukcje.


Koncepcja polskiego granatnika przeciwpancernego 


Koncepcja polskiego granatu przeciwpancernego z silnikiem rakietowym - rok 2012

W kontekście tego problemu trzeba poruszyć kilka kwestii: 

- czy to miałby być granatnik jedno- czy wielorazowego użytku?
- jakiego kalibru miałby być ten granatnik?
- jakie typy amunicji powinny zostać opracowane dla tego granatnika?

Spośród nich najważniejsza jest właśnie ta pierwsza.

Jak dobrze wiecie, Wojsko Polskie jest wyposażone w wielorazowe rgppanc-7 (RPG-7) oraz (w mniejszej ilości) szwedzkie Carl Gustaf M2. Dodatkowo na wyposażeniu Wojsk Specjalnych znajdują się jednorazowe RPG-75 oraz AT4, a wcześniej również w jednostkach liniowych używano RPG-76 Komar. Na chwilę obecną całkiem niedawno (bo 28 kwietnia br.) został zakończony dialog techniczny na "wielorazówki", a podobny dialog na granatniki jednorazowe odbył się ponad dwa lata temu. Więc jest poszukiwany produkt, pojawiły się propozycje takie jak najnowsze odmiany M72 LAW, RGW 90 HH, czy wielorazowy Carl Gustaf M4.

Podstawowym problemem jest to, jakie granatniki mamy zakupić na potrzeby zarówno Wojsk Lądowych jak i Wojsk Obrony Terytorialnej tak, aby spełniały stawiane im wymagania. 

Bardzo często pod tym względem spotykałem się z całkiem konserwatywnymi tezami, że następcą RPG-7 w Wojsku Polskim musi być granatnik wielorazowy, a "jednorazówki" mają być tylko mało znaczącym dodatkiem. Sam całkowicie się z tym nie zgadzam. Wręcz przeciwnie - nawet uważam, że "wielorazówki" są nam już zupełnie niepotrzebne, a na to składa się kilka ważnych czynników.

Pierwszym jest wielkość naszej drużyny liniowej. Jej część desantowana liczy bowiem 6 żołnierzy, przy czym aż dwóch z nich jest zajętych obsługą RPG-7, a kolejnych dwóch obsługą karabinu maszynowego. Jeśli nam zależy na zwiększeniu siły ognia tej drużyny, to znacznie lepszym rozwiązaniem jest zastąpienie obsługi RPG przez dwóch żołnierzy, gdzie każdy byłby uzbrojony w co najmniej jedną "jednorazówkę". Efekt byłby taki, że w drużynie liniowej zamiast obecnie jednego granatnika znalazłyby dwa granatniki o podobnej skuteczności.

Drugim aspektem jest szybki rozwój aktywnych systemów ochrony pojazdu (ASOP / APS), szczególnie hard-kill, których zasada działania polega na fizycznej eliminacji nadlatującego pocisku. Do tej pory standardem w soft-kill było to, że system ten wskazywał kierunek, z którego wystrzelono dany pocisk kierowany, dzięki czemu czołg (lub inny pojazd opancerzony) mógł szybko zareagować na istniejące zagrożenie. Jednakże w najnowszych amerykańskich ASOP zaimplementowano tą właściwość również dla hard-killa, co oznacza, że atakowany pojazd może reagować też na zagrożenia ze strony pocisków niekierowanych, czyli przykładowo wystrzelonych z granatników przeciwpancernych. Oznacza to, że przeżywalność żołnierzy używających tej broni na polu walki drastycznie spadnie i przez to będą oni potrzebować lżejszego sprzętu po to, aby w możliwie krótkim czasie zmienić pozycję lub po prostu się wycofać. Poza tym ważną kwestią jest możliwość przeciążenia ASOP, co oznacza po prostu możliwość wystrzelenia w jak najkrótszym czasie jak największej ilości pocisków w stronę atakowanego pojazdu. I do tego znacznie lepiej się nadają granatniki jednorazowe, ponieważ pojedynczy pluton mógłby posiadać przykładowo nawet 10 takich granatników, które mogłyby zostać jednocześnie użyte, podczas gdy granatników wielorazowych zawsze będzie około trzech. Jak dobrze widzicie, to z pomocą "jednorazówek" można łatwiej saturować atak na pojazd wyposażony w ASOP.

Zresztą w czasach współczesnych granatniki przeciwpancerne w znacznym stopniu nie są już skuteczne przeciwko czołgom - i to jest aspekt trzeci. Obecnie tego typu broń będzie sprawdzana przede wszystkim przeciwko sile żywej i celom umocnionym, jak również przeciwko lżej opancerzonym pojazdom. Powoduje to, że głównym aspektem granatników ma być ich poręczność i masa, a nie to, żeby posiadał jak największą głowicę bojową. Owszem granatniki nadal będą używane przeciwko czołgom, ale możliwe będzie ich atakowanie tylko z tylnej i bocznych półsfer. I nadal są produkowane granatniki stricte przeciwpancerne jak PzF 3 IT-600, RPG-28, czy wkrótce RGW 110, ale jest to broń o masie bojowej w okolicach 15 kg, podczas gdy obecnie maksymalna zalecana masa dla broni tego typu jest dwa razy mniejsza. Poza tym chęć podejścia do pojazdów przeciwnika na odległość poniżej 300 metrów (bo tyle zwykle wynosi zasięg skuteczny współczesnych RPG) w warunkach innych niż miejskie przy obecnej taktyce i technologii jest równa samobójstwu.

Pora teraz na drugą kwestię, czyli rozmiary granatnika. Osobiście uważam, że taki granatnik powinien być kalibru 90 mm. Dlaczego akurat ten? 

Po pierwsze jest to całkiem powszechny kaliber - dwa spośród obecnie oferowanych nam granatników jest właśnie tego kalibru.

Po drugie w jego przypadku zachodzi najlepsza relacja pomiędzy masą a możliwościami takiego granatnika. Granatniki kalibru 64 - 68 mm są bardzo lekkie, ale są również mniej skuteczne przeciwko wskazanym wcześniej celom. Oczywiście dla takiego M72 EC Mk 2 jest deklarowana przebijalność pancerza stalowego o grubości nawet 540 mm, ale są to już bardzo wyżyłowane wyniki (w okolicach 8,5 kalibra), podczas gdy obecne wkładki kumulacyjne w granatnikach 84 - 90 mm osiągają skuteczność na poziomie 5,5 kalibra, dzięki czemu jest istnieje zapas, dzięki któremu można zwiększyć skuteczność głowicy bez zwiększania jej kalibru, co w przypadku M72 już nie jest zbytnio możliwe.

Po trzecie posiadamy już gotowe klocki do produkcji amunicji do tych granatników w postaci proponowanych przez Dezamet nowych granatów dla RPG-7. 

I tak przechodzę do trzeciej kwestii, czyli proponowanej amunicji do tych granatników.

Od góry - PG-7MT1, KO-7M i DG-7

Do RPG-7 Dezamet proponował trzy nowe granaty:

- kumulacyjny tandemowy (T-HEAT) PG-7MT1 o kalibrze dokładnie 90 mm - jego szacowana przebijalność pancerza wynosiła 500 mm RHA za pancerzem reaktywnym

- kumulacyjno-odłamkowy (HEDP) KO-7M o kalibrze 85 mm - ten granat odznaczał się mniejszą skuteczność przeciwko celom opancerzonym od tandemu (przebijalność pancerza wynosiła 200 mm RHA), ale był znacznie skuteczniejszy przeciwko celom nieopancerzonym

- dymny DG-7 o kalibrze 80 mm, który charakteryzował się czasem dymienia od 3 do 5 minut

Obecnie można byłoby przekonstruować wszystkie te trzy granaty po to, aby je dopasować do wspomnianego wcześniej kalibru oraz tego, że miałyby być one wystrzeliwane z rurowej wyrzutni. Co więcej, obecnie popularne stają się pociski z głowicą termobaryczną, które są bardzo skuteczne przeciwko celom umocnionym.

Lekki rakietowy miotacz ognia MGK Bur

Ważny jest też moim zdaniem sposobem "wymiany" rur w granatnikach. W większości przypadków granatnik jednorazowy jest integralną całością, czyli po wystrzeleniu pozbywamy się nie tylko rury, ale również mechanizmu startowego i z reguły prostego celownika. Moją propozycją jest to, żeby w tym granatniku użyć rozwiązania pochodzącego z rosyjskiego Bura, czyli rura jest tutaj jednorazowa, podczas gdy mechanizm startowy jest połączony z celownikiem i są one wielokrotnego użytku. Dzięki temu można w znacznie łatwiejszy (i tańszy) sposób produkować oraz modyfikować amunicję do tych granatników.  

Jak wspomniałem wcześniej, granatnik mógłby używać cztery typów amunicji, czyli:

- przeciwpancernej z tandemową głowicą kumulacyjną - do zwalczania czołgów z boku i z tyłu oraz lżej opancerzonych pojazdów ze wszystkich stron osłoniętych dodatkowo pancerzem reaktywnym

- wielozadaniowej z głowicą kumulacyjno-odłamkową - do zwalczania celów lekko opancerzonych i nieopancerzonych oraz siły żywej

- wielozadaniowej z głowicą termobaryczną - do zwalczania celów nieopacerzonych i umocnionych

- specjalnej dymnej

Ale to wcale nie wyklucza tego, żeby rozszerzyć to o kolejne typy jak przykładowo:

- klasyczną głowicę odłamkową (tzw. canister) - do zwalczania siły żywej

- głowicę programowalną a'la RGW 90 HH (HEAT / HESH) - do zwalczania celów lekko opancerzonych i umocnionych

- głowicą agitacyjną - wiadomo do czego

Do tego zestaw byłby rozszerzony tradycyjnie o głowicę ćwiczebną i co więcej taki system pozwalałby również na zastosowanie wyrzutni o mniejszym kalibrze (64 - 68 mm), co jeszcze bardziej mogłoby rozszerzyć ofertę takiego granatnika.

Problemem jest jednak to, że z reguły jednorazowe granatniki przeciwpancerne posiadają maksymalnie dwie odmiany bojowe (zwykle z głowicą kumulacyjną i dodatkowo odłamkowo-burzącą), co jest spowodowane po prostu tym, że drużyna piechoty może używać ograniczonej ilości granatników. Ze względu na warunki współczesnego pola walki uważam, że najczęściej używane byłyby pociski HEDP, do których dodatkiem byłyby pociski z tandemową głowicą kumulacyjną. Co natomiast z pozostałymi odmianami? Otóż pociski termobaryczne byłyby moim zdaniem idealne dla pododdziałów saperskich jako współczesny zamiennik miotaczy płomieni z dodatkową możliwością zwalczania umocnień. Co więcej, mogłyby one służyć jako drugi typ amunicji (obok HEDP) na misjach stabilizacyjnych i odcinkach frontu charakteryzujących się brakiem lub niewielką ilością broni pancernej po stronie przeciwnika. Za to granatniki z pociskami agitacyjnymi byłyby przeznaczone dla pododdziałów specjalnych zajmujących się typowo propagandą. Co do reszty odmian bojowych, to myślę, że one przede wszystkim mogłyby być skierowane na rynek eksportowy.



Podsumowanie


Na sam koniec trzeba też rozstrzygnąć problem co do tego, jakiego typu miałyby być wyrzutnia. Bowiem w granatnikach przeciwpancernych są obecnie wykorzystywane zarówno wyrzutnie bezodrzutowe, jak i takie wystrzeliwujące granaty napędzane silnikiem rakietowym. Zaletą granatników bezodrzutowych jest to, że można ich używać w niewielkich pomieszczeniach zamkniętych, ale z drugiej strony są one średnio 2 kilogramy cięższe od klasycznych granatników przeciwpancernych. Jednak ten spór co do tego, które granatniki są lepsze, można łatwo rozwiązać poprzez oferowane przeze mnie rozwiązanie. Dzięki niemu w granatniku będzie można wykorzystywać zarówno pociski napędzane rakietowo, jak i bezodrzutowe. Na początku można byłoby rozpocząć temat od pocisków rakietowych, ewentualnie przechodząc z biegiem czasu i nabywaniem umiejętności na pociski bezodrzutowe.



Podsumowując, nie uważam jednak, że ten granatnik musi być high-techem, który miałby konkurować ze światową czołówką. Przede wszystkim powinien być on łatwy w obsłudze i bardzo funkcjonalny. Jak już wspominałem wcześniej, nie faworyzuję konieczności projektowania tego granatnika ponad zakup gotowego produktu z zagranicy. Poza tym żebyśmy mogli zaprojektować i wyprodukować takową broń, to musimy wcześniej nabyć zdolności do produkcji elementów napędowych pocisków (i podejrzewam, że nie tylko). Niemniej decyzja co do tego, jak to wszystko miałoby wyglądać, nie należy do mnie. Ale wyrażona chęć na konstrukcję własnego granatnika przeciwpancernego, a przede wszystkim zakończona ona rozpoczęciem jego produkcji tylko wzmocni nasze możliwości obronne.

wtorek, 28 marca 2017

Co z następcą PTS-M, czyli o niewidzialnym grancie z Dęblina

Całkiem niedawno rozpoczęła się astronomiczna wiosna, na którą zapewne wielu z Was czekało. Jak zapewne dobrze wiecie, na początku wiosny (a raczej przedwiośnie) czasem dochodziło do podtopień terenów zalewowych, ponieważ roztopiony śnieg zasilał rzeki, podnosząc ich poziom, a im wyższy następował skok temperatury na początku marcu i im więcej śniegu zalegało po zimie, tym większe było ryzyko powodzi. Drugim okresem powodziowym jest przedział czasowy od maja do sierpnia. Wtedy to dochodzi do powodzi opadowych, spowodowanych przez zdarzające się w tym czasie ulewne deszcze. Te powodzie z reguły stanowią większe zagrożenie, ponieważ w przeciwieństwie do roztopów wystarczą kilka dni, żeby doszło do wezbrania rzek i w końcu do ich wylania. Zarówno "powódź tysiąclecia" z 1997 r., jak i wszystkie inne większe powodzie po tym okresie były powodziami opadowymi.

Pewnie się zastanawiacie, po co ja Wam piszę o zjawiskach hydrologocznych, skoro to jest blog poświęcony militariom.


Otóż pewnym symbolem zarówno "powodzi tysiąclecia", jak i np. powodzi z roku 2010 jest to, że do ratowania ludzi i mienia, który padł ofiarą "wielkiej wody", wykorzystywano gąsienicowe transportery pływające PTS-M. Jest pojazd, który opracowano ponad pół wieku temu (w 1961 i zmodernizowano w 1965). Co więcej, najmłodsze egzemplarze PTS-ów używane w naszym wojsku są starsze od znajdujących się w rezerwie sprzętowej T-72 i T-72M (uważanych powszechnie za złom) i nawet one znajdują się w nie najlepszej kondycji technicznej. Można oczywiście cały czas je remontować, ale to już jest na tyle stara konstrukcja, że powinno się opracować jej następcę.

Owszem, w 2013 generał Skrzypczak w wywiadzie dla PZ (link będzie na końcu artykułu) stwierdził, że Wojskowe Zakłady Inżynieryjne w Dęblinie otrzymały grant od NCBiR w celu opracowania tegoż następcy, ale dla porównania równie pilny projekt następcy BWP-1 o kryptonimie Borsuk rozpoczął się rok później, a na tegorocznym MSPO zostanie zaprezentowany jego prototyp (nie makieta). Za to dębliński transporter stał się tak samo legendarny jak suwalska Barrakuda. Może to jest wina WZI, a może po prostu braku pieniędzy na opracowanie pojazdu.

Więc powiecie, że następcę PTS-ów musimy kupić zagranicą. I tu pojawia się problem.

Otóż jedynym obecnym producentem amfibii transportowych o większej ładowności jest rosyjski Omsktransmasz (OTM), a my ze względów politycznych nie powinniśmy pozyskiwać uzbrojenia od rosyjskich producentów. Za to zachodni producenci skierowali się w stronę przegubowych transporterów opancerzonych, a z klasycznych amfibii zostały jedynie AAV i stary już LARC-V. Dlatego też mamy tutaj tylko dwie możliwości - używać PTS-M, dopóki się kompletnie nie rozlecą lub opracować samodzielnie (lub z pewną pomocą zagranicznych podmiotów) własną konstrukcję.

Rosyjski pływający transporter pływający PTS-4

Do tej pory jedynymi nośnikami, na których bazie można było skonstruować transporter pływający, był czołg podstawowy T-72 lub (stare) podwozie od AHS Krab. Rosjanie swoich następców PTS-M opracowali na bazie podzespołów z czołgu T-64 pod oznaczeniami PTS-2 i PTS-3, a całkiem niedawno wprowadzili do służby kolejną amfibię, oznaczoną jako PTS-4, ale skonstruowaną na podzespołach czołgów T-72 i T-80. Mogę podejrzewać, że do tej pory nasza konstrukcja nie byłaby lepsza, ale wciąż to byłoby coś lepszego od tego, co mamy do tej pory.

Koncepcja


Jednakże wraz z podpisaniem przez HSW umowy licencyjnej na koreańskie podwozia do armatohaubicy samobieżnej otworzyły się przed nami znacznie większe możliwości. Bowiem w przeciwieństwie do wschodnich pojazdów to podwozie wykorzystuje aktywne zawieszenie, które znacznie lepiej zachowuje na nierównościach oraz można dzięki niemu kontrolować zarówno wysokość pojazdu, jak i jak pochylenie. Charakteryzuje się również sporą nośnością lądową, szacowaną na ok. 55 ton przy masie własnej, wynoszącej zaledwie 28 ton.

Dzięki temu można rozwiązać problem ładowności amfibii - w PTS-M można załadować jedynie do 5 ton ładunku podczas transportu lądowego lub do 10 ton w transporcie wodnym. Przez to na transporter można obecnie załadować jedynie najlżejsze używane ciężarówki, czyli Tumaki (DMC ok. 3,5 - 4,5 t) i Stary 944 (DMC 8,7 - 9,7 t). Ewentualnie PTS może też przetransportować samochody osobowo-terenowe o DMC do 3,5 tony.  



Dla porównania obecne ciężarówki w Wojsku Polskim ważą w pełni załadowane odpowiednio:

- 11,5 tony (Star 266), 
- 14 ton (Star 1466), 
- 15,6 tony (Jelcz 442.32)
- 23 tony (Jelcz P662D.43), 
- 25 ton (Jelcz S662D.43 oraz P662.43), 
- 27 ton (Jelcz P662D.35), 
- 30,5 tony (Jelcz P862D.43),
- 32 tony (Jelcz P882D.43 oraz 882.53)

Pomimo tego, że ująłem tu jedynie ciężarówki polskiej produkcji, to widzicie, że różnica jest bardzo znacząca, a przecież jednym z podstawowych zadań "gąsienicowej barki desantowej" podczas przeprawy rzecznej jest transport pojazdów logistycznych, czyli właśnie samochodów terenowych i ciężarówek. PTS tej możliwości już za bardzo nie ma. A prawdopodobnym wymogiem stawianym przy konstrukcji transportera pływającego byłaby ładowność w wodzie wynoszącą min. 16 ton, czyli tyle, ile waży Bartek (z pozdrowieniami dla niego ;-) ). 

Tymczasem podwozie Kraba daje nam znacznie większe możliwości, ponieważ jego nośność pozwalałaby na stworzenie lekko opancerzonego pojazdu o ładowności 25 - 27 ton. I to na lądzie, podczas gdy w wodzie dzięki prawu Archimedesa wzrosłaby ona do ok. 32 - 33 ton. Może to uznacie za sci-fi, ale te wartości są jak najbardziej możliwe, a ich urzeczywistnienie zależy tylko od możliwości konstruktorów. Wymagałoby to jednak pojazdu o sporym rozmiarze, bo przy normalnych ładowność w wodzie nie różniłaby się od tej na lądzie. Co więcej amfibia o takiej ładowności miałaby również możliwość transportu sprzętu stricte bojowego, a do niego można tu zaliczyć w Wojsku Polskim 17-tonowe LPG czy ważące do 26 ton niepływające odmiany Rosomaka. Szerokość podwozia (3,4 m) pozwala na zastosowanie na tyle szerokiego przedziału ładunkowego, że na pojeździe zmieściłyby się również pojazdy gąsienicowe o szerokości do 3,2 - 3,3 m. 

Z drugiej strony trzeba też zostawić otwartą furtką na możliwe pole modyfikacji - przykładowo poprzez montaż dodatkowego opancerzenia, uzbrojenia i wyposażenia lub wymiany powerpacka. Jednocześnie istniałaby możliwość unifikacji części podzespołów z Krabem i innymi pojazdami.

Zadania


Ale transporter pływający nie będzie odpowiedzialny wyłącznie za transport ładunków na drugi brzeg rzeki. 

Amfibie transportowe byłyby również idealnym środkiem przeprawowym dla pododdziałów piechoty na odcinkach drugorzędnych, gdy nam zależy na skrytości działań i w tym celu chcemy uniknąć rozwijania mostu pontonowego. W przeciwieństwie jednak do pojazdów rozpoznawczych lub pływających wozów bojowych transporter zabierałby znacznie więcej żołnierzy i to z reguły tych pozbawionych własnego środka transportu, choć przerzutu jednostek poruszających się lekkimi pojazdami również nie wykluczam. Podejrzewam, że taka "barka" mogła zabrać jednocześnie na pokład całą kompanię piechoty, ale nie wiem, czy opartą na 6-osobowych drużynach czy 12-osobowych sekcjach lub sekcję poruszającą się lekkimi samochodami terenowymi. Poza tym transportery mogłyby odciążyć mosty pontonowe i towarzyszące w zadaniach przerzutu lekkich i średnich niepływających wozów bojowych lub nawet gdyby te pojazdy miały służyć przerzutu oddziałów odpowiedzialnych za zabezpieczenie mostu z drugiej strony rzeki.

Drugim ważnym zadaniem jest ratownictwo inżynieryjne, czyli w tym wypadku pomoc na wypadek powodzi lub zniszczenia infrastruktury mostowej. Obecnie za to odpowiadają 1 i 2 Pułk Saperów po tym, jak rozwiązano w 2011 r. bataliony ratownictwa inżynieryjnego. Kolejnymi jednostkami, które powinny również za to odpowiadać, są bataliony Obrony Terytorialnej, które dopiero co się rozwijają. W celu realizacji swoich zadań transportery pływające powinny być przystosowane do załadunku inwentarza żywego i identycznie wyposażone jak PTS-y, czyli w kładki dla pieszych, drabiny oraz pompy wodne.

Gąsienicowy transporter pływający PTS-M

Trzecim zadaniem, choć dla nas mniej ważnym, jest możliwość przerzutu pojazdów, ludzi i zaopatrzenia w przypadku desantu morskiego. U nas piechota morska, a raczej "morska" nie jest ona formacją ekspedycyjną, którą wysyłamy na drugi koniec świata w okrętach desantowych, tylko pełni rolę formacji zmechanizowanej odpowiadającej za obronę wybrzeża. Niemniej, ten pojazd byłby dla naszego przemysłu bardzo ciekawym towarem eksportowym, który wypełniałby niszę na rynku ciężkich amfibii transportowych, mogąc zastąpić w niektórych armiach lżejsze kutry desantowe typu LCVP lub LCI. Nasza Marynarka Wojenna wykorzystuje trzy kutry desantowe (LCVP) projektu 716 (Deba), ale w przeciwieństwie do konstrukcji zachodnich są one znacznie lepiej uzbrojone i przeznaczone do trochę innych zadań, więc zastępowanie ich przez amfibie byłoby niewłaściwe. Lepszym rozwiązaniem byłyby tu większe kutry desantowe typu LCU.

No i przechodzimy do ostatniego i najmniej znanego typu zadań, a mianowicie do stawiania zagród minowych. Używane są do tego stawiane ręcznie lub mechanicznie miny przeciwdesantowe typu MPD, których zadaniem jest eliminacja bojowych wozów pływających i środków desantowych na wodach o głębokości do 5 metrów, czyli głównie przy wejściach do portu, przy plażach oraz potencjalnie na rzekach. Do 2005 za to zadanie odpowiadał 4 Batalion Minowania Marynarki Wojennej, który został wtedy rozformowany. Obecnie tą rolę pełnią obydwa (8. i 43.) bataliony saperów Marynarki Wojennej.  

Nie jestem w stanie określić obecnych stanów sprzętowych i liczby potrzebnych pojazdów, ale wiadomo, że po powodzi z roku 2010 określono, że do zadań przeciwpowodziowych potrzeba 22 zespołów, składających się z zestawu niskopodłogowego i transportera pływającego. Do tego trzeba też doliczyć amfibie, które trafiłyby do pojedynczych batalionów saperów (zarówno Wojsk Lądowych, jak i Marynarki Wojennej) i pododdziałów pontonowych oraz ewentualnie również do brygad Obrony Terytorialnej.

Wyposażenie


Z tego wynika, że potrzebne byłyby dwie lub trzy bardzo zbliżone do siebie odmiany "gąsienicowej barki desantowej", a dokładniej poza wersją podstawową powinny być opracowane wersja transportowo-minowa i opcjonalnie również szturmowa.

Oczywiście, jak już wspomniałem, wersja podstawowa byłaby pojazdem lekko opancerzonym (poziom I wg STANAG 4569) i nieuzbrojonym, bowiem ani jedno, ani drugie nie jest potrzebne zarówno w czasie K, jak i podczas działań tyłowych w czasie W.

Wersja transportowo-minowa różniłaby się od wersji podstawowej przede wszystkim wyposażeniem przedziału ładunkowego w tor / tory minowe dla min przeciwdesantowych typu MPD oraz opcjonalne uzbrojenie w broń maszynową oraz lekką broń przeciwlotniczą. 

Ostatnią odmianą byłaby wersja szturmowa, która posiadałaby cięższe opancerzenie (sądziłem o poziomie IV, ale może będzie potrzebny wyższy) i uzbrojenie kosztem ładowności. Jednak ze względu na to, jakie ma możliwości transportowe, uważam, że lepszym rozwiązaniem byłoby zastosowanie modułowego opancerzenia i opcjonalnej możliwości montażu ZSMU, stanowisk broni maszynowej oraz wyrzutni ładunków wydłużonych na pojeździe. 


Ale dlaczego to musi być amfibia? Nie można ich zastąpić łodziami lub poduszkowcami?



Problemem łodzi motorowych jest to, że są uzależnione od poziomu wody w rzekach, a jak dobrze wiecie, to jak zdarzają się u nas powodzie, tak również się zdarzają (i to ostatnio znacznie częściej) susze, kiedy to poziomy wód w rzekach spadają czasem do katastrofalnie niskich stanów. Efektem byłoby, że motorówka miałaby znacznie ograniczoną ładowność tylko po to, żeby mogła być transportowana drogą lądową lub zaistniałaby problemy z jej eksploatacją w okresie suchym. Poza tym łódź może zostać w łatwy sposób uszkodzona lub zgrzybkowana na ukrytej pod wodą przeszkodzie.

Co do poduszkowca, owszem, jest on bardzo dobrym rozwiązaniem w przypadku desantu morskiego i szybkiego przerzutu z jednego brzegu rzeki na drugi. Ale nasze rzeki to nie są rozmiarów Amazonki lub Gangesu, przez co równie skuteczna będzie wolniejsza jednostka, a poza tym w działaniach ratunkowych bardzo ważna jest zwrotność jednostki, czego jednak brakuje poduszkowcom.

Dlatego też najlepszym następcą amfibii byłaby amfibia.

Podsumowując, w tym artykule nie chciałem atakować określonej opcji politycznej za przeciąganie sprawy, ponieważ po powodzi w roku 1997 to była sprawa, którą należało rozwiązać. Suma summarum minęło 20 lat i ta sprawa jest nadal nierozwiązana, przez co to się stała tak samo poważnym problemem jak kwestia zastąpienia BWP-1 lub modernizacji Marynarki Wojennej. A nawet gorzej, ponieważ nie widać nawet najmniejszego światełka w tunelu w tym zakresie, nawet najmniejszych dialogów technicznych i prac analityczno-koncepcyjnych, żeby sprawić wrażenie, że ktoś się tym interesuje.

Można tutaj mieć tylko nadzieję, że w najbliższych latach nie dojdzie w Polsce do poważnej powodzi...

Bibliografia


Podczas opracowania artykułu korzystałem z danych Marynarki Wojennej oraz "Przeglądu Wojsk Lądowych" 4/2011.

Link do wspomnianego wywiadu